księga gości

2011
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec


Prawdziwy dramat

Blog mój chyli się ku upadkowi i zbliża ku końcowi. Zajmuję się teraz zupełnie innymi rzeczami, niż przyswajanie i trawienie produktów kultury wysokiej, niezdecydowanej i tej zupełnie karłowatej (wszak nie wszystkie karły/karlice są brzydkie). Nie przewiduję zmiany zainteresowań, ani zwyczajów w najbliższej przyszłości, więc blog pozostanie taki, jaki jest przez jakiś czas albo będzie bardzo sporadycznie (chyba sporadyczniej, niż ostatnio to już się nie da) uaktualniany innymi treściami (HD dzwonki, 3-D ikonki i tapety z dżessiką albą).
A tak naprawdę robię to tylko po to, żeby mi się po lewej stronie październik pojawił. Do zobaczenia.

Tagi: dramat, prawdziwy, koniec blogaska, kto uratuje?
chemski 2011-10-19 00:56:04
skomentuj (1)
Wrecked 2011 recenzja

Patologiczne. Takie ilości optymizmu trzeba mieć w sobie, aby po filmie, którego obsada liczy sześć osób (plus pies i niedźwiedź), akcja toczy się w lesie, i w którym protagonista przez pół filmu siedzi w rozbitym samochodzie, spodziewać się czegoś dobrego. Niestety nawet patologiczny optymizm nie uchroni widza przed smutnym wnioskiem, że Wrecked to film, który jest wybitnie nieoglądalny i nudny. Poziom nieoglądalności tego filmu przebił wszystkie nieoglądalne filmy, jakie widziałem. Przebił nawet ten o oponie-mordercy. Tego się nie spodziewałem. To wprawiło mnie w zdumienie.

Chyba powinienem napisać, jak doskonale i wiarygodnie ofiarę wypadku uwięzioną we wraku samochodu zagrał Adrien Brody. Chyba powinienem napisać i o tym, jak wraz z nim przeżywałem wyciąganie uwięzionej nogi z wraku samochodu w 30. (sic!) minucie filmu i stwierdzić, że jego grymas bólu był zatrważająco prawdziwy. Warto byłoby wspomnieć, jak zaimponował mi aktor Brody, który aby zagrać jak najlepiej spędził całą mroźną noc we wraku samochodu (a nie jak mistrz sztuki przetrwania, Bear Grylls, w hotelu), żeby potem przed kamerą naprawdę trząść się z zimna. I jak aktor Brody naprawdę zjadał robaki (tak jak mistrz sztuki przetrwania, Bear Grylls). Niestety, nic takiego się nie stało. To wszystko nie zachwyca, to męczy. Aktor Brody powinien dostać medal dla heroicznego aktora. Powinien odebrać dożywotni tytuł heroicznego aktora Christianowi Bale'owi, który spektakularnie wychudł do roli w Mechaniku. Niestety survivalowe sprawności Brody'ego filmowi nie pomogły ani trochę. Akcja wygląda mniej więcej tak: Brody siedzi w samochodzie, jest spuchnięty, zakrwawiony i jęczy. Mija połowa filmu. Brodie wyłazi z samochodu, jest spuchnięty, zakrwawiony i jęczy. O, spotkał niedźwiedzia. Brodie czołga się po lesie, jest spuchnięty, zakrwawiony, jęczy i ma zwidy. Przychodzi ratunek. Brodie wydaje jęk ulgi. Widz też. Nie polecam.

Tagi: recenzja, christian bale, bear grylls, wrecked, adrien brody
chemski 2011-09-08 02:20:48
skomentuj (0)
Literatura piękna a zdrowie psychiczne - Wanda Krzemińska recenzja

Książka dotyczy terapii literaturą, została wydana w 1973 roku, ma żółtą okładkę i należy do moich ulubionych. Przeczytałem ją już kilkakrotnie. Nie dlatego, że szczególnie interesuje mnie terapeutyczna rola literatury. Ta książka jest dla mnie wyjątkowa, bo potrafi opierając się na wiedzy czytelnika (przywołując powszechnie znane fakty i opinie) stworzyć nową jakość i powiedzieć o literaturze coś nowego i ważnego. Nigdzie indziej nie przeczytałem nawet w połowie tak interesującej, wartościowej i logicznej syntezy na ten temat. Głównym motywem jest rola książki w życiu człowieka i jej zastosowanie w terapii pomocniczej. Te kwestie poruszane są w rozdziałach: Dzieci i świat ksiązek oraz Książka w zwalczaniu choroby. Dla mnie najciekawszy i najlepszy jest jednak rozdział pierwszy: Pisarze i czytelnicy. Z niego dowiemy się dlaczego człowiek tworzy, dlaczego człowiek czytał i dlaczego czyta, jaka jest wartość czytania i poznamy podział na czytelników i "publiczność czytającą" - fascynujące pytania, które rzadko są stawiane. Wanda Krzemińska odpowiada na nie mądrze i logicznie. Największa wartość tej książki polega na tym, że rzeczy o których dobrze wiemy ukazywane są tu w nowym świetle, zyskują szerszy kontekst i prowadzą do intrygujących wniosków, które pozwalają (lepiej) zrozumieć czym i po co jest literatura. Poznajemy zatem motywacje twórców i czytelników, wzbogacone o bardzo trafnie dobrane cytaty znanych pisarzy, przyglądamy się procesowi czytania i wreszcie przekonujemy się o jego wartości. Jest to głęboka refleksja psychologiczna i socjologiczna na temat miejsca książki w życiu człowieka pisana z kunsztem i pasją, bez zadęcia i zbędnego teoretyzowania. Nie brak tu też uniwersalnych refleksji o wyobraźni, chorobie i współczesnym świecie, które chociaż książka ma prawie 40 lat wcale nie straciły na aktualności. Zapraszam do przeczytania fragmentu.
WARTOŚĆ CZYTANIA

Dzieło literackie stwarza sposobność do intymnego sam na sam ze sobą i postaciami, które stworzyła wyobraźnia pisarza. Do "wniknięcia w inną rzeczywistość" - daje asumpt do rozmyślań. Niemal równolegle bowiem z pierwszym, powierzchownym, niejako mechanicznym odbiorem, rozwija się drugi etap czytania: ocenianie tego, co zostało przeczytane, analizowanie uczuć, które wzbudziło śledzenie losów bohatera literackiego. Powstają wewnętrzne skojarzenia z własnymi przeżyciami. (...)
W ten sposób dzieło literackie przychodzi z pomocą jednostce, pozwalając jej przy tym z samego tytułu swego istnienia na powtarzanie doświadczeń: do dzieła, które mu się podobało lub wywołało refleksje - czytelnik może powrócić tyle razy, ile tylko będzie chciał. Tą wartością książka góruje nad wszystkimi innymi srodkami przekazu myśli ludzkiej. Urządzenia techniczne, choćby najdoskonalsze, nie dają tej możliwości. Nawet jeśli zostaną powtórnie uruchomione (np. telewizja kablowa czy taśma magnetofonowa), nie stwarzają atmosfery odosobnienia. W agresywnych środkach przekazu, audiowizualnych, refleksja działa jako następstwo słuchania czy oglądania. Obraz nie zawsze też może spełniać w umyśle widza rolę "porządkowania świata". Słowo pisane istnieje w czasie stworzonym przez pisarza. Jest stałe, a jednak dynamiczne, i czytelnik w ciągu poznawania dzieła porządkuje, organizuje swoje doświadczenia, konfrontując je z doświadczeniami innego człowieka.
Wanda Krzemińska: Literatura piękna a zdrowie psychiczne. Wyd. 1. Warszawa: Państwowy Zakład Wydawnictw Lekarskich, 1973 s. 43.

Tagi: literatura, recenzja, literatura piękna a zdrowie psychiczne, wanda krzemińska
chemski 2011-08-06 19:13:04
skomentuj (2)
Żuławski - P. Kletowski, P. Marecki recenzja

Jeżeli o Żuławskim wiecie mniej więcej tyle, że jest znanym reżyserem, robiącym kontrowersyjne filmy, takie jak Szamanka z Lindą i Petry, czy Moje noce są piękniejsze niż wasze dni z Sophie Marceau, to wiecie tyle co ja przed lekturą tej książki, czyli niewiele. I od tego, żeby wam to uzmysłowić jest ta książka. W tym wywiadzie Żuławski mówi bardzo ciekawe rzeczy, nie tylko na temat filmów. Są i luźniejsze tematy, które prowadzący wywiad rozpaczliwie starają się ukrócić. Myślę, że książce wyszłoby na dobre, gdyby prowadzący po prostu pozwolili Żuławskiemu opowiadać, zamiast konstruować swoje obszerne, wielowątkowe pytania, zawierające własne teorie, obserwacje i nie wiadomo co jeszcze. Przez to indagowany zamiast opowiedzieć o tym, co czytelnika ciekawi, musi zagłębiać się w meandry rozumowania prowadzących, odgadywać o co im w sumie idzie i odkłamywać ich obszerne teorie. Z tej książki dowiedziałem się, że Żuławski to - poza tym, że wybitny reżyser - błyskotliwy i oczytany człowiek, mający ciekawe poglądy na wiele spraw i na tyle bezkompromisowy, że otwarcie je przedstawia. Zaskoczeniem było dla mnie, że wydał 24 (sic!) książki. Po lekturze wywiadu na pewno coś z tego przeczytam. Zachęcam do przeczytania poniższego fragmentu. 
(...) gdy się mówi tajemnica Kościoła czy tam wiara a tajemnica kina, pozwoli pan, że zostanę lodowato obojętny wobec tych sformułowań. Nie widzę ani w jednym, ani w drugim tajemnicy, ani w zabobonach wiary, ani w zabobonach kina. Owszem, jest jedna rzecz wspólna, dotyczy ona tego, czym jest przedstawienie w ogóle. W obu wypadkach mamy do czynienia z formą przedstawienia. Msza i seans kinowy to są przedstawienia, w których biorą udział aktorzy. Pierwszym aktorem w historii był szaman, następnym, w którejś tam generacji, jest ksiądz. Ksiądz przedstawia, ksiądz wykonuje przy ołtarzu przedstawienie, przeciwko któremu zresztą protestanci się zbuntowali. I ksiądz w tych kościołach protestanckich nie wykonuje przedstawienia, nie wygłupia się, a tu się wygłupia, jest ubrany w strój po prostu niestworzony, niebywały, za każdym razem inny, potwornie kosztowny, ma to olśnić nie wiem kogo. W kretyńsko brzydką, wielką czapę, którą zdejmuje, wkłada, zdejmuje, wkłada, pije wino, wykonuje różne gesty, robi cały szereg hokus pokus, które są przedstawieniem, i musi jeszcze w dodatku w to wierzyć, bo inaczej byłby złym aktorem, śpiewa, brakuje mu jeszcze tańca. Prawdopodobnie gdyby tańczył przy tym, byłby pełniejszy spektakl, ale nie. Pewnie kiedyś tańczyli. 
Piotr Kletowski, Piotr Marecki: Żuławski Przewodnik Krytyki Politycznej. Wyd. 1. Warszawa: Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2008. ISBN 978-83-61006-38-1 s. 26.

Tagi: recenzja, andrzej żuławski, przewodnik krytyki politycznej, kletowski, marecki
chemski 2011-07-21 23:27:06
skomentuj (4)
Death sentence (Wyrok śmierci) 2007 recenzja

Albo ciąży nade mną fatum, przez które każdy niemal film, który chcę obejrzeć okazuje się nieoglądalny, albo podświadomie wybieram takie, po których można się tego spodziewać. Nie wiem co jest bardziej prawdopodobne, ale wiem, że Death sentence okazał się filmem oglądalnym, co przyjąłem z ulgą i pewnym zdziwieniem. Zdziwienie wynika z faktu, że film zawiera dwa do granic możliwości wyeksploatowane motywy, które chyba każdemu widzowi się przejadły, mianowicie motyw przemiany ojca i męża w niezniszczalnego mściciela oraz motyw syna, walczącego ze swym faworyzowanym bratem o uwagę ojca.

Motyw numer dwa mógłby swobodnie się rozwijać, dostarczjąc widzowi wzruszeń i przyczynków do refleksji nad własnym życiem rodzinnym, gdyby nie fakt, że faworyzowany brat, ulubieniec tatusia, ginie. Brandon, utalentowany hokejista, zostaje zamordowany podczas napadu na stację benzynową, kiedy jego ojciec tankuje paliwo. Sprawca zostaje ujęty i potem zidentyfikowany przez ojca - w tej roli Kevin Bacon. Okazuje się, że morderca dostanie najwyżej pięć lat, bo ojciec ofiary jest jedynym świadkiem. W decydującym momencie, na sali sądowej, tata Bacon decyduje, że sam lepiej wymierzy sprawiedliwość i unieważnia swoje zeznania, wskutek czego morderca zostaje uniewinniony. Tu zaczyna się krucjata Bacona. Przechodzi jak zawsze wiarygodną przemianę z poczciwego taty w bezwzględnego mściciela, który ponadto jest niezniszczalny. Pierwszy etap krucjaty to zabicie mordercy syna, za pomocą maczety. Koledzy zabitego szybko orientują się, że to tata Bacon zabił i chcą go wykończyć - to jest etap drugi, ostatni. A dalej jest to, czego można się spodziewać - pościg, strzelanina, pościg, strzelanina... zrealizowane na tyle sprawnie, że nie nudne. A w tym wszystkim pani detektyw, która przymyka oko na to jak tata Bacon niszczy pół miasta rozprawiając się z gangsterami, dając jedynie od czasu do czasu moralizujące przemowy. Bacon w roli ojca wypada wiarygodnie, ale w roli mściciela już mniej. Nie chodzi nawet o to, że po stracie syna oprócz żadzy zemsty zyskał umiejętność walki wręcz i posługiwania się bronią palną, dzięki czemu zabija zawodowych przestępców. Chodzi o to, że Bacon na killera, nawet z odzysku, nie pasuje. Pod koniec nawet ogolił głowę i założył skórę, żeby wyglądać groźniej, ale niewiele to pomogło. Pocieszające, że nie ma tu happy-endu. Niezniszczalny Bacon, chociaż wojnę z gangiem wygrał, to też poniósł znaczne straty. Gdybym miał ocenić Death sentence w skali od 1 do 10, dałbym 5.

Tagi: recenzja, death sentence, wyrok śmierci, kevin bacon
chemski 2011-07-13 15:03:34
skomentuj (2)
Proza wyzwolonej generacji 1989-1999 - Urszula Glensk recenzja

Jak czytamy we wstępie jest to skrócona wersja rozprawy doktorskiej "Obraz kryzysu kultury w młodej prozie polskiej lat dziewięćdziesiątych". Na odwrocie zaś Stanisław Bereś pisze, że to "ważna i przenikliwa rekonstrukcja stanu duchowego młodej generacji napisana w sposób porywający, bez akademickiego zadęcia, z wyraźną werwą narracyjną...". Ważna i przenikliwa - zgadzam się. Porywająca - możliwe, że na tle innych rozpraw doktorskich tak, ale jeśli czytanie dysertacji nie należy do twoich zainteresowań daleki będziesz od nazwania stylu autorki porywającym. Dla mnie książka napisana jest ciekawie na tyle, na ile może być ciekawa praca naukowa, gdzie autorka do każdej tezy dołącza po kilka jej literackich egzemplifikacji, tłumaczy się z użycia każdego niemal pojęcia i drobiazgowo wyjaśnia czyje jego rozumienie akceptuje, a czyje nie i dlaczego. Ja rozumiem, że to jest praca naukowa i tak musi być, ale pisać o takiej książce jakoby była porywająca, to już przesada. Dalej było o braku akademickiego zadęcia - to jest dyskusyjne, bo w takiej pracy przecież trzeba się wykazać oczytaniem i znajomością pojęć/teorii, które powszechnie znane nie są. O autorce wiemy, że czytała McLuhana, Kołakowskiego, Baumana, Tofflera i wielu innych teoretyków/badaczy oraz niezliczone powieści i opowiadania, które cytuje. Dość powiedzieć, że bibliografia liczy ponad 200 pozycji. Nie jest to skrajny przykład akademickiego zadęcia, bo tekst nie jest hermetyczny i niepotrzebnie pokomplikowany, ale rzecz nie jest też na tyle user-friendly, żeby mówić o jego braku. Werwa narracyjna - cóż, jeśli jest, to mocno osłabiona przez obszerne przypisy, ale gdyby dodać "jak na rozprawę doktorską" to pewnie byłaby prawda. Teraz, skoro już wiadomo jak się mają blurbowe obietnice do stanu faktycznego, przejdźmy do samej książki. Niełatwe autorka postawiła sobie zadanie, bo trudno znaleźć wspólny mianownik dla prozy lat dziewięćdziesiątych, gdzie każdy chciał mówić o czym innym i własnym głosem. Znalazło się jednak kilka tematów tak ważkich i problematycznych, że autorzy nie mogli ich przemilczeć i musieli zająć jakieś stanowisko. Są to m.in. stosunek do kryzysu religii, rozwoju (atrofii) cywilizacji, roli rodziny i ewolucji tradycyjnego podziału ról. Dowiadujemy się o czym, jak i dlaczego pisze generacja 1989-1999. Dużo miejsca zajmuje szczegółowa analiza utworów pod kątem danego problemu. Czyta się to przyjemnie, jeśli autora analizowanych książek znamy i lubimy. Ja z przyjemnością czytałem o książkach Stasiuka, który przywoływany był kilkakrotnie. Książka jest nierówna. Przerośnięty rozdział o kryzysie wartości religijnych (Teologia odrzucenia) ma jedynie kilka ciekawych fragmentów, a poza nimi ciągnie się niemiłosiernie, podczas gdy w mojej opinii najciekawszy, dotyczący substancji odurzających (Stany iluzoryczne) jest stanowoczo za krótki. Emocjonującą lekturą "Proza wyzwolonej generacji 1989-1999" nie jest, bo i być nie może. Na pewno jest pouczająca i inspirująca - kilka z cytowanych książek zainteresowało mnie na tyle, że zamierzam je przeczytać. Główny mój zarzut to to, że książka jest przerośnięta. Nie objętościowo, bo liczy niespełna 300 stron. Chodzi o liczbę podjętych wątków, przedstawionych perspektyw i opinii. Myślę, że przed wydaniem, poza skróceniem, powinno się ją także zedytować tak, żeby można było dotrzeć do tego, co w niej najlepsze (przenikliwej i ważnej rekonstrukcji stanu duchowego młodej generacji) bez nużących dygresji i zbyt licznych porównań.

Tagi: recenzja, andrzej stasiuk, proza wyzwolonej generacji 1989-1999, urszula glensk
chemski 2011-07-10 20:12:37
skomentuj (0)
The American (Amerykanin) 2010 recenzja

Ten film jest z Georgem Clooneyem. I to jest jego jedyna mocna strona. Jeśli lubicie patrzeć na Clooneya. Jest Clooney spacerujący, Clooney pijący kawę, Clooney jadący samochodem, Clooney rozmawiający z księdzem, a nawet robiący pompki. Clooney jest postacią tragiczną, znękanym wewnętrznie płatnym mordercą. Całkiem prawdopodobne, że głęboka refleksja nad sobą doprowadziła go do smutnych wniosków. Stanów wewnętrznych bohatera możemy się domyślać jedynie po wyrazie twarzy, bo Clooney chociaż na ekranie panuje niepodzielnie, to mówi niewiele. Chodzi przybity, a uśmiecha się półgębkiem jedynie jak mu ktoś pokaże cycki (a pokazuje mu często i nie tylko cycki).

Reżyserem filmu jest Anton Corbijn, który do niedawna z powodzeniem zajmował się tworzeniem wideoklipów i dokumentów muzycznych. Amerykanin jest jego pierwszym filmem nie związanym z muzyką. Fabuła jest bardzo prosta. Clooney ma zlecenie w Szwecji, gdzie zostaje zaatakowany przez dwóch uzbrojonych mężczyzn. Ich zabicie nie sprawia mu większego problemu, lecz wydaje się tą sytuacją zaniepokojony (nad wyraz stężała mina). Z tego niepokoju wyjeżdża do Włoch, aby tam zamieszkać na wsi. Na malowniczej włoskiej wsi, kórej piękne pejzaże oglądamy długo i z narastającą eksyctacją, poznaje księdza, z którym jada kolacje i prostytutkę, w której się zakochuje. W międzyczasie dostaje swoje ostatnie zlecenie, polegające na wykonaniu broni na zamówienie. Poza pracą nad karabinem, spotkaniami z księdzem i schadzkami z prostytutką Clooney przechadza się po malowniczych włoskich uliczkach, parkach, skwerach, targach i odwiedza okoliczne kawiarnie. Dialogów jest niewiele. Tak jak informacji o bohaterach, którzy pojawiają się jedynie, aby wygłosić swoje zdawkowe kwestie i zniknąć (żeby nie zasłaniać Clooneya). Każda scena jest dwa do trzech razy dłuższa, niż powinna. Film jest zwyczajnie nudny. Zastanawia mnie tylko dlaczego płatny morderca Clooney ma na plecach tatuaż wyobrażający motyla. Wydaje mi się, że motyl na plecach nie licuje z wizerunkiem człowieka zabijającego dla pieniędzy. Równie dobrze mógłby tam mieć jednorożca, serduszko albo hello kitty. Efekt byłby podobny. Najprawdopodobniej zabijał każdego, kto śmiał się z motylka na plecach i szło mu tak dobrze, że został zawodowcem.

Tagi: recenzja, george clooney, anton corbijn, amerykanin, the american
chemski 2011-07-08 12:41:06
skomentuj (2)
The Walking Dead recenzja

Nie jestem entuzjastą renesansu seriali. Ostatnim serialem, który oglądałem regularnie był Due South (Na południe), emitowany w późnych latach dziewięćdziesiątych na nieistniejącym dziś kanale RTL7. Minęło już sporo czasu i straciłem wiarę w tę formę. Najpopularniejsze seriale ostatnich lat, takie jak House, LOST, NCIS czy True Blood jakoś mi jej nie przywróciły. Wydały mi się zwyczajnie nudne i przewidywalne, a towarzysząca im szajba serialowa mocno na wyrost. Ja rozumiem, że serial w dużej mierze polega na odtwarzaniu schematu, ale ileż można oglądać jak House zleca skan mózgu, a śledczy z NCIS przybliża 400-krotnie obraz z kamery przemysłowej? Ja mogę dwa do trzech razy.

Kilka dni temu zobaczyłem coś innego i lepszego. The Walking Dead. Obejrzałem właśnie pierwszy, liczący sześć odcinków, sezon i myślę, że można by z tego zrobić wcale udany (i nie nudny) film pełnometrażowy. Nie umiem sobie wyobrazić dobrego filmu na podstawie któregokolwiek z wyżej wymienionych tytułów. Akcja Walking Dead rozgrywa się w świecie opanowanym przez zombie. Nie jest to jednak "serial o zombie". Niewiele ma wspólnego z horrorami, w których ludzie osaczani są przez żądne krwi potwory. Bliżej mu do dramatu psychologiczno-obyczajowego z elementami kina akcji. Epidemia zombie mogłaby być z powodzeniem zastąpiona innym zagrażającym przetrwaniu niebezpieczeństwem i dalej byłby to świetny serial. Walking Dead jest o tym jak w świecie po katastrofie radzą sobie ci nieliczni, którzy przetrwali. O tym jak ocaleni funkcjonują ze świadomością, że są prawdopodobnie ostatnimi reprezentantami swojego gatunku. Najmocniejszym punktem serialu nie są ataki zombie - choć te sceny są doskonale zrealizowane i oglądałem je z przyjemnością - i walka o przetrwanie, ale dobrze opowiedziana historia. Nie mogę nie wspomnieć o konstrukcji postaci, która wydaje mi się wyjątkowo "nieserialowa". Te postaci nie są jednowymiarowe i przewidywalne, są wiarygodne. Mógłbym napisać jeszcze o dobrym aktorstwie, ciekawym scenariuszu, emocjonującej akcji i kunsztownej realizacji, bo to wszystko prawda, ale najważniejsze, że Walking Dead to po prostu dobry serial, który warto obejrzeć.

Tagi: recenzja, serial, zombie, walking dead, szajba serialowa
chemski 2011-07-04 21:27:01
skomentuj (3)
Słuchawki dokanałowe

Przez wiele lat byłem zadowolonym posiadaczem kilku modeli nausznych (półotwartych): AKG K26P i Audio Technica ATH-SJ3. Jakością dźwięku AKG byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Przedtem miałem Philipsy (model SHP2500), w których dźwięk był niewyraźny i przytłumiony. Kiedy otrząsnąłem się z szoku jakościowego zacząłem dostrzegać wady słuchawek AKG. Po pierwsze charakterystyka dźwięku. Tony niskie jak najbardziej w porządku, a czasami więcej, niż w porządku. Bywało, że bas zagłuszał pozostałe dźwięki (bez jakichkolwiek zmian equalizera), a tony wysokie były naprawdę nieprzyjemne dla ucha. Do tego dochodzi sprawa wygody. Pałąk owszem można swobodnie dopasować do romiaru głowy, ale nausznice za mocno uciskają uszy. Elastyczny pałąk pozwolił na składanie słuchawek i łatwiejsze przechowywanie, ale obniżył komfort użytkowania. Długo zastanawiałem się na co wymienić AKG i zdecydowałem się na mało popularną w Polsce firmę Audio Technica. ATH-SJ3 grają wyraźnie lepiej od AKG. Pozbyłem się dyskomfortu przy wysokich tonach i przytłaczającego basu. Komfort także poprawił się znacznie. Słuchawki mają tradycyjny pałąk, a nausznice, chociaż są większe, nie uciskają uszu. Mam je już trzeci rok i nie zamierzam wymieniać (ewentualnie na nowszą generację tego modelu).

Słuchawek dokanałowych zacząłem używać zaledwie kilka miesięcy temu. Obserwowałem ich rosnącą popularność i czytałem pochlebne opinie, więc byłem ciekaw czy dorównują jakością większym słuchawkom. Byłem trochę sceptyczny, ale chciałem sam się przekonać. Kupiłem Sennheisery CX 271. Na początku mi się nie spodobały. Najbardziej przeszkadzał tzw. efekt mikrofonowy, czyli odgłosy słyszane kiedy kabel słuchawek ociera się o skórę lub ubranie. Jednak z czasem było coraz lepiej i wygodniej. Odpowiednie ułożenie niemal zupełnie wyeliminowało problem odgłosów "z kabla", a dobranie odpowiednich nakładek dousznych znacznie poprawiło komfort noszenia. Teraz prawie nie czuję, że je mam i mogę używać przez kilka godzin bez przerwy. Jestem bardzo zadowolony, że zdecydowałem się na ten zakup. Jakość dźwięku jest bardzo dobra. Zadowala mnie w zupełności. Ich główną zaletą i przewagą nad konstrukcjami otwartymi, prócz mniejszych gabarytów, jest doskonała izolacja od otoczenia. Kanał słuchowy jest uszczelniony, dzięki czemu słychać wyraźnie nawet na niższym poziomie głośności. Jeśli chodzi o dopasowanie słuchawek do ucha, to nie powinno być z tym problemu, bo wszyscy wiodący producenci dołączają trzy zestawy nakładek.

Tagi: słuchawki, słuchawki dokanałowe, sennheiser cx 271, akg k26p, audio technica ath-sj3
chemski 2011-06-27 12:12:44
skomentuj (0)
Wirus Umysłu - Richard Brodie recenzja

Celem tej książki jest popularyzacja memetyki, wyjaśnienie czytelnikowi na czym polega ta nowa nauka i do czego może nam się przydać. Kilkakrotnie w tekście pojawia się obietnica, że zdobyta dzięki lekturze wiedza pozwoli na pozbycie się z umysłu wirusów i świadome wybieranie memów, które chcą podstępem się do niego dostać. Jest to taki jakby program antywirusowy dla umysłu, szczepionka uodparniająca na taktyki ekspansywnych memów (poświęcono im osobny rozdział). Główną metodą badawczą jest tropienie i identyfikowanie memów, z którymi na co dzień mamy kontakt. Autor obszernie wyjaśnia jakie czynniki decydują o przetrwaniu (sile) memu. Dowiadujemy się, dzięki czemu niektóre idee tak dobrze zadomowiły się w naszych umysłach, a inne bardzo szybko zostały zapomniane. Wprowadza również kilka pojęć z nauk bliskich memetyce, tj. genetyki (mem jest kulturowym ekwiwalentem genu) i psychologii ewolucyjnej. Wywód jest klarowny i uporządkowany. Autor ciekawie wyłożył temat na przykładach sytuacji znanych czytelnikowi z życia codziennego. Pewne zastrzeżenia mam jedynie do wspomnianych przykładów, których niekiedy jest za dużo i opisywane są zbyt obszernie. Mnożenie przykładów, ilustrujących tę samą tezę tylko odwraca uwagę od właściwej treści, która jest bardzo interesująca.

Tagi: recenzja, memy, memetyka, wirus umysłu, richard brodie
chemski 2011-06-26 01:55:02
skomentuj (2)

czy wiesz, że...




dobre rady




blurby




autor